Narrow Default Wide

Created jtemplate joomla templates

EWANGELIA (Łk 20,27-40)
Wówczas podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem... trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę. Jezus im odpowiedział: Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa "O krzaku", gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla niego żyją. Na to rzekli niektórzy z uczonych w Piśmie: Nauczycielu, dobrześ powiedział, bo już o nic nie śmieli Go pytać.,

KOMENTARZ
Jest wiele takich scen w Ewangelii. Saduceusze bądź inni przedstawiciele elit próbują Jezusa złapać za słowo. Podpuszczają Go, przedstawiając jakiś problem, który na pierwszy rzut oka jest nie do rozwiązania. Efekt miał być taki: Jezus odpowie wybierając jedno z rozwiązań, które przychodziły im do głowy, a wówczas będzie powód, żeby Go zaatakować: czemu wybrał to, a nie opowiedział się za innym rozwiązaniem.
Za każdym razem Jezus radzi sobie w podobny sposób. Nie tylko nie daje się wpuścić w przysłowiowe maliny, ale jeszcze zmusza pytających do kapitulacji zawstydzając ich. Świadczy to nie tylko o niezwykle przenikliwym umyśle, nad którym wielu rozpływało się w zachwytach, ale także o tym, że Jego mądrość i odpowiedzi są "z góry". Jezus proponuje rozwiązania, które pytającym nawet nie przychodziły do głowy. Odpowiada jak ktoś, kto ma dostęp do ostatecznej prawdy o rzeczywistości, kto zna najgłębsze jej tajemnice. Tak jak w dzisiejszej Ewangelii: pytacie, którego będzie żoną, a nie wiecie, że w niebie w ogóle nikt się nie żeni ani nie wychodzi za mąż. Całą ich przemyślność i przewrotność obraca w proch prostym stwierdzeniem, do którego jednak oni sami nigdy nie byliby w stanie dojść.
Bywa tak, że kombinujemy przy rozwiązywaniu naszych życiowych problemów. Głowimy się, co zrobić, jakie wyjście będzie najlepsze. Gdybyśmy byli bardziej skłonni słuchać Jezusa, zamiast próbować robić wszystko sami, to może okazałoby się, że wiele z naszych problemów to pozorne problemy. Że rozwiązanie jest zupełnie inne niż wszystkie, jakie przychodziły nam do głowy. Czasem bardziej niż kombinować, trzeba po prostu słuchać. Słuchać Jezusa.
EWANGELIA (Łk 19,45-48)
Jezus wszedł do świątyni i zaczął wyrzucać sprzedających w niej. Mówił do nich: Napisane jest: Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców. I nauczał codziennie w świątyni. Lecz arcykapłani i uczeni w Piśmie oraz przywódcy ludu czyhali na Jego życie. Tylko nie wiedzieli, co by mogli uczynić, cały lud bowiem słuchał Go z zapartym tchem.

KOMENTA...RZ
Jak to się dzieje, że miejsce modlitwy, miejsce, które ma być zarezerwowane jedynie dla Boga, staje się "jaskinią zbójców"? Zwykle nie dzieje się to od razu. Raczej stopniowo, krok po kroku rezygnuje się ze świętości tego miejsca. Ogranicza się Bogu czas, który powinien być poświęcony na bycie z Nim sam na sam. Rezygnuje się z piękna, które powinno ozdabiać to miejsce, wkrada się bylejakość. Potem przychodzi powoli przekonanie, że przecież nie ma co aż tak się spinać, że Pan Bóg jest dobry i miłosierny, więc na pewno nie będzie się przejmował, że tam nie zaglądamy. Wreszcie zaczyna się rodzić obcość. W pewnym momencie nawet nie bardzo wiemy, gdzie jesteśmy, kiedy znajdziemy się w tym "miejscu dla Boga". Nie bardzo wiemy, jak się zachować, nie potrafimy się odnaleźć.
A Jezus co dzień naucza w świątyni, w miejscu, które przeznaczone jest na spotkanie z Bogiem. Naucza tam wbrew wszystkim wrogom i tym, którym się to nie podoba. Przychodzi tam ze swoim słowem nawet wtedy, kiedy ludzie zrobili z tego miejsca jaskinię zbójców. Przychodzi i oczyszcza, wprowadza nowy ład. I mówi - pocieszając, napominając, zapraszając do życia z sobą.
Moje i Twoje serce jest świątynią. Miało być tylko dla Boga, a bywa, że trudno Go tam znaleźć. Czasem łatwiej znaleźć tam jaskinię zbójców. A bywa i tak, że trudno tam znaleźć nas. Ale jakkolwiek by było, w jakimkolwiek byłoby stanie - Jezus przychodzi do tej świątyni i mówi. Więc może warto tam zaglądać nieco częściej?
EWANGELIA (Łk 19,41-44)
Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za... to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia.

KOMENTARZ
Niezwykle poruszający jest ten obraz Jezusa płaczącego nad Jerozolimą. To jest płacz głębokiej miłości i troski. Nie ma tu za grosz poczucia wyższości i faryzejskiego potępienia. Jest żal nad niewykorzystaną szansą, współczucie wobec zagubienia, smutek w obliczu nieuchronnych konsekwencji błędu. To "wzorcowy" przykład współczucia, które nie poniża, a pragnie rozumieć i gotowe jest cierpieć z zagubionym.
Współczucie jest trudną sztuką. Może nas doprowadzić na skraj pychy. Może w nas wywołać zgubne poczucie doskonałości. Każde współczucie, które jest "z góry", przynosi odwrotny skutek - jeszcze pogłębia rozpacz i dodatkowo zamyka cierpiącego w jego cierpieniu. Żeby mądrze współczuć, żeby współczuć budująco, trzeba mieć w sobie wiele pokory, świadomości tego kim się jest i wreszcie sporo życzliwości. Najdoskonalej współczują ci, którzy są najbardziej święci. Bo oni rozumieją tajemnicę człowieka, tajemnicę ludzkiego zagubienia. Oni potrafią dotrzeć ze swoim współczuciem do samego serca tego, kto się zagubił i potrafią tam się z nim spotkać.
Jerozolima nie poznała czasu swojego nawiedzenia. Nie wykorzystała szansy, jaką była dla niej obecność Jezusa. Nasz czas nawiedzenia, to czas obecności Jezusa w naszym życiu. On chce nas nauczyć prawdziwego współczucia, chce odsłonić przed nami tajemnicę swojego serca. Warto wykorzystać tę obecność i te naukę. Inaczej sami staniemy się godni politowania.
EWANGELIA (Łk 19,11-28)
Jezus opowiedział przypowieść, dlatego że byli blisko Jerozolimy, a oni myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi. Mówił więc: Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się w kraj daleki, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: Zarabiajcie nimi, aż wrócę. Ale jego współobywatele nienawidzil...i go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: Nie chcemy, żeby ten królował nad nami. Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał. Stawił się więc pierwszy i rzekł: Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć min. Odpowiedział mu: Dobrze, sługo dobry; ponieważ w dobrej rzeczy okazałeś się wierny, sprawuj władzę nad dziesięciu miastami. Także drugi przyszedł i rzekł: Panie, twoja mina przyniosła pięć min. Temu też powiedział: I ty miej władzę nad pięciu miastami. Następny przyszedł i rzekł: Panie, tu jest twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce. Lękałem się bowiem ciebie, bo jesteś człowiekiem surowym: chcesz brać, czegoś nie położył, i żąć, czegoś nie posiał. Odpowiedział mu: Według słów twoich sądzę cię, zły sługo. Wiedziałeś, że jestem człowiekiem surowym: chcę brać, gdzie nie położyłem, i żąć, gdziem nie posiał. Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał. Do obecnych zaś rzekł: Odbierzcie mu minę i dajcie temu, który ma dziesięć min. Odpowiedzieli mu: Panie, ma już dziesięć min. Powiadam wam: Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Tych zaś przeciwników moich, którzy nie chcieli, żebym panował nad nimi, przyprowadźcie tu i pościnajcie w moich oczach. Po tych słowach ruszył na przedzie, zdążając do Jerozolimy.

KOMENTARZ
Jezus opowiada te przypowieść z pewnego bardzo konkretnego powodu. Otóż uczniowie myślą, że zaraz zacznie się na dobre Boże królestwo. Bliskość jego pojawienia się miała ich chyba, w ich przekonaniu, zwolnić z jakiejkolwiek aktywności, z pracy nad własnym rozwojem. Chcieli już tylko spokojnie czekać aż nastąpi pełne zwycięstwo i otrzymają sowitą nagrodę za swoje poświęcenie i za to, że postawili na Jezusa.
Ale Jezus komplikuje im nieco sprawę. Bo po pierwsze uświadamia im, że przyjście królestwa nie nastąpi od razu, że będą musieli poczekać. W obrazie człowieka, który udał się w podróż, aby zdobyć godność królewską i dopiero ma powrócić, by objąć panowanie, widać wyraźnie to czasowe przesunięcie, które nie było chyba dla nich zbyt wygodne. Po drugie daje im do zrozumienia, że czas oczekiwania nie może być czasem "słodkiego nicnierobienia", lecz ma być wypełniony usilnym staraniem się o pomnożenie wszystkich tych darów, które im zostawił.
Wszystko, co robimy dla rozwoju danych nam przez Boga darów jest przygotowywaniem Jego panowania. Jest także dowodem na to, że traktujemy Boga poważnie. Zaniedbywanie rozwoju byłoby czymś w rodzaju spisku, jaki w dzisiejszym fragmencie Ewangelii zawiązano przeciwko starającemu się o panowanie. Kto nie chce się rozwijać, wypowiada posłuszeństwo temu, który zostawia nam dary. Ten kto nie chce podjąć pracy nad sobą, zgłasza akces do królestwa leniwych duchowo. Dość ryzykowna strategia. Bo chcemy czy nie, Pan i tak wróci.
EWANGELIA (Łk 19,1-10)
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, ...spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.

KOMENTARZ
To zapewne nie był jedynie nagły odruch serca. Ani zwykła ludzka ciekawość, która zmusiłaby Zacheusza, żeby wspiąć się na drzewo i przyglądać się Jezusowi. Możemy się tylko domyślać, że sytuacja, w której żył nie była dla niego łatwa - należał przecież do grupy znienawidzonych, pogardzanych, uważanych za uosobienie grzechu celników. Każdego dnia musiał się mierzyć z nienawistnymi spojrzeniami, kąśliwymi uwagami, słowami potępienia. Na pewno miał w sobie, mimo całej tej sytuacji, ogromny potencjał dobra.
Potwierdzeniem tego przypuszczenia jest fakt, że wspiął się na sykomorę, kiedy Jezus przechodził. Gdyby nie było w nim niepokoju, gdyby nie dręczyło go sumienie, gdyby nie tliło się w nim pragnienie zmiany życia, pewnie sama ciekawość by nie wystarczyła.
Jezus potrafił wyzwolić w nim całe uśpione dobro. A było to możliwe dlatego, że potrafił się z nim spotkać poza wszystkimi określeniami i wyzwiskami, które być może wielu uznawało niemal za drugie imię Zacheusza. Jezus przyszedł do niego jak do człowieka. I to go rozbroiło. Bo nie musiał się już wtedy chować za murem złości i agresji. Nie musiał ratować swojego poczucia godności odsuwaniem się od ludzi, traktowaniem ich z góry, widzeniem w nich jedynie źródła dochodu.
Jeśli uda nam się wyjść do człowieka jak do człowieka, szybko pękają mury. Każdy z nas za czymś się chowa. Ratujemy się w ten sposób przed utratą poczucia wartości, bronimy swojego wewnętrznego terytorium przed bolesnym zranieniem. Gdybyśmy troszkę częściej spotykali się jak ludzie, to pewnie byłoby między nami o wiele mniej zagubionych, schowanych we własnej skorupie Zacheuszów.
EWANGELIA (Łk 18,35-43)
Kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: Jezusie, Synu Dawida, ulituj... się nade mną! Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: Co chcesz, abym ci uczynił? Odpowiedział: Panie, żebym przejrzał. Jezus mu odrzekł: Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.

KOMENTARZ
Wołanie w ciemność, byle głos dotarł do Jezusa - tak czasem wygląda i tak nieraz musi wyglądać nasza wiara. Jak niewidomy z Jerycha bywamy zdezorientowani. Nie widzimy przed sobą drogi, nie wiemy co dalej. Słyszymy tylko wokół siebie głosy, czujemy się bezradni pośród gwaru, który wypełnia nasz świat, gwaru ludzi, którzy zupełnie nie zważają na naszą sytuację, na problemy, z którymi musimy się borykać.
Ale jeśli zrozumiemy, że w tym tłumie, gdzieś na wyciągnięcie ręki, może pojawić się Jezus, wszystko się zmienia. Chodzi tylko o to, żeby nie bać się wołać w ciemność, mimo bezradności. Wołać, aby wywołać z tego tłumu Jezusa, żeby spotkać się z Nim twarzą w twarz i powiedzieć Mu o naszej wierze i o tym, czego potrzebujemy. Czasem to wołanie musi trwać, trzeba coraz bardziej podnosić głos, aż wreszcie się uda, aż będziemy mogli się spotkać.
I wtedy, kiedy już jest blisko, a my dalej Go nie widzimy, trzeba otworzyć serce. Kiedy czujemy już Jego oddech, choć nadal pozostajemy w ciemnościach i w niepewności - otworzyć serce i powiedzieć wszystko. Tego właśnie chce Jezus - żebyśmy przywoływali Go wielkim głosem. Nawet jeśli jest to głos niewidomego, a może zwłaszcza wtedy. On na pewno przyjdzie. Nie ma w zwyczaju roztapiać się w tłumie, kiedy Go wołamy. Zawsze odpowiada na wołanie wiary.
EWANGELIA (Mt 25,14-30)
Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść:
Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zys...kał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.

KOMENTARZ
Kiedy dziecko przychodzi na świat nikt nie wie, kim będzie, jak potoczą się jego losy. Każdy przynosi ze sobą pewien zasób możliwości, które w ciągu życia możemy tak lub inaczej spożytkować. Trudno się czasem pogodzić z tym, że inni mają więcej. Ile razy jest tak, że chcielibyśmy być inni, przyjść na świat w innym miejscu, otoczeniu. Sądzimy, że wtedy byłoby nam łatwiej, że życie byłoby lepsze. Ale mamy to, co mamy. Jesteśmy "wrzuceni" w swój czas, miejsce, pomiędzy ludźmi. I w tym właśnie mamy zrobić co się da, żeby dostać się do nieba, a najpierw, żeby tutaj najpełniej rozwinąć swoje możliwości.
Znam ludzi, którzy mówią: ja nie mam żadnego talentu. Inni to potrafią śpiewać, wyglądają jak milion dolarów, mają głowę do interesu - a ja nic. Talent w znaczeniu dzisiejszej Ewangelii to nie jest żadna konkretna zdolność. To jest coś, co można pomnożyć, czego może być więcej, w czym można jeszcze bardziej być. Pomnażamy zresztą nie tylko w sobie, swoim wnętrzu, ale wokół siebie, w całym świecie naszych relacji. Myślę o mojej kuzynce, głęboko upośledzonej dziewczynie, która po ludzku nie miała żadnego talentu. Nie potrafiła mówić ani sama jeść, ani nawet swobodnie stać. A jednak pomnożyła wokół siebie tyle troski, miłości i ciepła, że stanęła przed Bogiem nie z pięcioma, ale z setką dodatkowych talentów.
Ten interes, który mamy zrobić na danych nam przez Boga talentach, to jest sprawa międzyludzka. Przecież żyjemy wśród ludzi i wśród nich coś budujemy albo burzymy. Modlę się, żeby, kiedy stanę przed Bogiem, pokazać choć kilka uśmiechniętych twarzy i usłyszeć: "Dobrze, sługo dobry i wierny!"
EWANGELIA (Łk 18,1-8)
Jezus powiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi s...ię nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?

KOMENTARZ
Droga do poznania Boga prowadzi przez dobre poznanie nas samych i naszych międzyludzkich stosunków. Jezus często stosował te metodę - brał na tapetę jakieś ludzkie doświadczenie, omawiał je i pokazywał w czym jesteśmy do Boga podobni, a w czym leży różnica. Dziś pokazuje to na przez odniesienie do sprawy wdowy, która prosiła o pomoc w trudnej dla siebie sytuacji.
Czego się można dowiedzieć z tych słów. Po pierwsze: lepsze takie wymuszone, wymęczone dobro niż żadne. Przecież mogło być i tak, że sędzia uparłby się i nie wpuścił jej do domu, zostawił bez pomocy. Jego motywacja nie była doskonała - chciał mieć święty spokój. Ale nawet wtedy, kiedy robimy coś dobrego "na siłę", jesteśmy podobni do Boga. Naiwnością byłoby oczekiwać, że zawsze i wszystko będziemy robić "cali w skowronkach".
Po drugie: Bóg nigdy nie robi niczego na siłę. Co jednak nie znaczy, że nie trzeba wytrwale prosić i zabiegać o Jego łaskę. Te prośby nie mają na celu "zmiękczyć" Boga albo sprawić, że i On będzie chciał mieć z nami święty spokój. Mają raczej nam uświadomić o co naprawdę prosimy, a przede wszystkim zbliżyć nas do Niego.
Pytanie Jezusa: "Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?", jest pytaniem o wytrwałość naszych próśb i o dobro, które dzieje się przez nas. Jeśli nie zrezygnujemy z wytrwałego proszenia Boga w naszych intencjach, jeśli przez naszą modlitwę będziemy się przybliżać do Niego, to znajdzie wiarę. Znajdzie ją, jeśli będziemy odpowiadać na prośby innych, nawet tak trochę "na siłę". Najgorzej będzie, jeśli pozamykamy serca i ani człowiek, ani nawet Bóg nie będą się mogli do nich dostukać.
EWANGELIA (Łk 17,26-37)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak działo się za dni Noego, tak będzie również za dni Syna Człowieczego: jedli i pili, żenili się i za mąż wychodziły aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki; nagle przyszedł potop i wygubił wszystkich. Podobnie jak działo się za czasów Lota: jedli i pili, kupowali i sprzedawali, sadzili i budowali, lecz w dniu, kiedy Lot wyszedł z Sodomy, ...spadł z nieba deszcz ognia i siarki i wygubił wszystkich; tak samo będzie w dniu, kiedy Syn Człowieczy się objawi. W owym dniu kto będzie na dachu, a jego rzeczy w mieszkaniu, niech nie schodzi, by je zabrać; a kto na polu, niech również nie wraca do siebie. Przypomnijcie sobie żonę Lota. Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je. Powiadam wam: Tej nocy dwóch będzie na jednym posłaniu: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony. Dwie będą mleć razem: jedna będzie wzięta, a druga zostawiona. Pytali Go: Gdzie, Panie? On im odpowiedział: Gdzie jest padlina, tam zgromadzą się i sępy.

KOMENTARZ
Zazwyczaj jest tak, że dopiero jakiś poważny życiowy wstrząs może człowiekowi uświadomić, o co w życiu naprawdę chodzi. Dopiero spotkanie z cierpieniem, śmiercią otwiera oczy na prawdę, że to, czym na co dzień żyjemy nie jest rzeczywistością ostateczną. Niby wszyscy dobrze o tym wiemy, ale czym innym jest wiedzieć, być przekonanym, że tak jest, a czym innym jest doświadczyć takiej prawdy w spotkaniu z rzeczywistym problemem, cierpieniem, które dotyka nas do żywego, śmiercią, która dosłownie niszczy nasz świat.
Chrześcijaństwo ma wbudowaną tę perspektywę. Przecież słyszeliśmy tyle słów, w których Jezus zapowiadał koniec świata, znamy prawdy katechizmowe, że po ziemskim życiu czeka nas sąd. Ale co wynika z tej wiedzy? Jak wpływa ona na nasze życie, na wybory, które podejmujemy? Czy w ogóle ma jakiś wpływ? Bywa, że budujemy, zabiegamy, gonimy jakbyśmy mieli nigdy nie umierać, jakby to dotyczyło wszystkich poza nami.
Ale dotyczy także i nas. Także i nasze życie któregoś dnia zapadnie się w otchłań. Musimy być tego świadomi, inaczej nie będziemy w stanie żyć w pełni poważnie i odpowiedzialnie. Nie da się ominąć otchłani. To jest jedyna droga, poprzez którą, spadając, wpaść można w ręce Boga.
EWANGELIA (Łk 17,20-25)
Jezus zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: Oto tu jest albo: Tam. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest. Do uczniów zaś rzekł: Przyjdzie czas, kiedy zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie zobaczycie. Powiedzą wam: Oto tam lub: Oto tu. Nie chodźcie... tam i nie biegnijcie za nimi. Bo jak błyskawica, gdy zabłyśnie, świeci od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego. Wpierw jednak musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie.

KOMENTARZ
Gdyby się dało zlokalizować królestwo Boże. Można by wówczas postawić mury graniczne, zatrudnić pograniczników i pilnować, żeby nikt niepowołany nie wdarł się do środka. Łatwo byłoby wtedy odróżnić tych, którzy należą, od tych, którzy są poza. Spokojnie patrzyłoby się wtedy na tych, którzy pozostają na zewnątrz.
Z poczuciem zadowolenia i wyższości można by ich pouczać, że gdyby się bardziej starali, gdyby byli bardziej poprawni, to może wówczas dostaliby się do środka.
Ale królestwo Boże to nie jest miejsce. I te granice nie biegną przez pola i łąki ani nawet przez środek miasta. Granica pomiędzy królestwem Bożym a tym, co poza nim biegnie przez sam środek naszych serc i naszych relacji. To "duchowa przestrzeń", w którą się wchodzi całym życiem. Nie wyprowadza nas ona poza obręb społeczeństwa, nie pozwala tworzyć enklawy pobożnych. Żeby być w środku królestwa, najpierw trzeba być w środku siebie, gdzie w sumieniu mówi do nas Bóg, a potem w środku naszych relacji, w których powinno być dla Niego miejsce, w których On ma mieć decydujący głos.
Jeśli chcemy gdzieś biec, żeby dogonić to królestwo, żeby go nie przeoczyć, najpierw trzeba dobiec do samego siebie i do swojego własnego życia. Oto tu jest królestwo, a jeśli tu go nie spotkamy, to nie znajdziemy go nawet na końcu świata. "Królestwo Boże pośród was jest".
EWANGELIA (Łk 17,11-19)
Zmierzając do Jerozolimy Jezus przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, ...wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź,, twoja wiara cię uzdrowiła.

KOMENTARZ
Tylko jeden wrócił, choć dziesięciu otrzymało łaskę uzdrowienia. Niewdzięczność? Pewnie tak. Ale czemu tu się dziwić? Do dziś chyba tak jest. Bywa, że chcemy od Jezusa tylko tyle, żeby załatwił nam coś, czego akurat bardzo potrzebujemy. I wcale nie chodzi o relację z Nim, tylko o to, żeby dał, co trzeba, a potem to my już sobie poradzimy. Wszyscy trędowaci gotowi byli nazwać Go Mistrzem, bo mieli do Niego żywotny interes. A potem każdy poszedł swoją drogą i tyle. Koniec przygody.
Tyle tylko, że dla jednego z nich, Samarytanina, ta przygoda miała dalszy ciąg. I dlatego zyskał coś o wiele więcej niż tylko uzdrowienie - wiarę, która od tej pory mogła go przez życie prowadzić, spotkanie, w którym z całą pokorą uświadomił sobie, kim jest on sam i kim jest Ten, z którym rozmawia.
Do Samarytanina, który padł przed Nim na kolana, Jezus mówi: "wstań, idź". Być może ktoś kojarzy wiarę z taką postawą: ciągle na kolanach, ze zgiętym karkiem jak niewolnik przed Bogiem. Jezus chce, żebyśmy szli przed siebie z podniesioną głową, będąc wyzwolonymi z niemocy. Baczmy tylko, czy towarzystwo, w którym idziemy pozwoli nam spotkać się z Jezusem czy raczej pomoże nam szybko zapomnieć, że kiedyś Go znaliśmy.
EWANGELIA (Łk 17,7-10)
Jezus powiedział do swoich apostołów:
Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam po...lecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać.

KOMENTARZ
Nie o niewdzięczność tu chodzi ani o to, żeby nie umieć i nie chcieć doceniać starania i wysiłki innych. Także nie o to, żeby pomniejszać swoje własne osiągnięcia i lekceważyć własną pracę. Chodzi o to, żeby nie spodziewać się, że będą trąbić na prawo i lewo, jak wiele wspaniałych rzeczy zrobiliśmy, że będą padać na kolana przed każdym naszym najskromniejszym dziełem. Chodzi o to, żeby nie robić wokół siebie niepotrzebnego zamieszania.
Ile jest na świecie zwyczajnej, codziennej, szarej pracy, za którą czasem nawet nie ma kto powiedzieć dziękuję, a jeszcze dostaje się za nią wiele nieprzyjemności. Ile jest codziennej służby rodziców wobec dzieci, którą dzieci zauważają tylko wtedy, kiedy coś jest nie po ich myśli. Ile jest poświęcenia dzieci wobec starszych rodziców, która odpłacona zostaje często przykrym słowem i nieskończonymi pretensjami. Ile jest niezauważonego dobra, niedocenionej miłości, serdeczności, za które nikt nie powie miłego słowa.
Ale to wszystko nie może nas zniechęcać do dawania. Jezus chce, żebyśmy mieli w sobie wolność od cudzej wdzięczności, żebyśmy potrafili dawać bez czekania na natychmiastowy zwrot. Inaczej łatwo się załamiemy pracując w tym świecie, którego wdzięczność nie jest najmocniejszą stroną. Byle On był blisko - wówczas jesteśmy wolni do dobra.
EWANGELIA (Łk 17,1-6)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych. Uważajcie na siebie. Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu. I jeśliby siedem razy na... dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: żałuję tego, przebacz mu. Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna.

KOMENTARZ
Mocne słowa Jezusa przeciw tym, którzy sieją zgorszenie powinny dawać do myślenia. Kiedy rozumiemy zależność pomiędzy naszymi czynami a czynami innych ludzi, powinna się w nas budzić odpowiedzialność. Kiedy widzimy, jak dobro jednego z nas może wyzwalać dobro w innym, ale i jak popełnione zło może rozpoczynać łańcuch zła, powinniśmy stać się znacznie ostrożniejsi. Rozumienie znaczenia naszych czynów i słów i przewidywanie ich konsekwencji są niezbędne, by dobrze funkcjonować pomiędzy ludźmi i nie być moralnym szkodnikiem.
Tym, co najbardziej buduje i co przeciwstawia się mocy zgorszenia jest przebaczenie. Skłonność do zgody, umiejętność przyjęcia skruchy ze strony drugiego, niechęć do pielęgnowania uraz i niewracanie do tego, co już zostało wybaczone - bez tego trudno budować relację. Inaczej będzie ona ciągle "podminowana" przeszłym złem, ciągle będziemy się bali, że ktoś wyciągnie przeciw nam jakiegoś haka, że przypomni sobie coś, co, jak nam się wydawało, dawno już załatwiliśmy.
Mieć wiarę jak ziarnko gorczycy może znaczyć również i to - jeśli już zasiałeś te odrobinę przebaczenia, to nie wyrywaj jej z korzeniami. Niech sobie rośnie.
EWANGELIA (J 2,13-22)
Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: We...źcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska! Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Jezus dał im taką odpowiedź: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Powiedzieli do Niego Żydzi: Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni? On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus.

KOMENTARZ
Zachowanie Jezusa musiało bulwersować. Wystąpił przecież tak odważnie przeciwko interesom wielu ludzi. Co więcej, skompromitował wszystkich tych, którzy godzili się, aby świątynia stała się miejscem handlu. Żeby robić takie rzeczy potrzeba z jednej strony wielkiej miłości do Boga, wielkiej gorliwości, z drugiej wielkiej odwagi, dzięki której jest się gotowym na przyjęcie wszystkich konsekwencji swojego działania. Ale potrzeba także nieskazitelnego życia. Żydzi pytają: "Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?"
Każdy, kto chce zmieniać świat i mocno występować przeciwko zepsuciu i złu, które widzi wokół siebie, musi najpierw troszczyć się o świętość swojego życia. Inaczej najbardziej przemawiający prorocki znak zostanie wyśmiany, najpobożniejszy czyn nie zostanie potraktowany poważnie.
Taka dojrzała, święta gorliwość potrafi naprawdę zmieniać świat, oczyszczać go ze wszystkiego, co zepsute i niegodne Boga. Taka gorliwość bardzo potrzebna jest i nam, którzy tak łatwo godzimy się na wiele niewłaściwych postaw, którzy nie raz przymykamy oko na lekceważenia Boga. Prośmy gorliwie o trochę gorliwości.
EWANGELIA (Łk 16,9-15)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobr...o kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie. Słuchali tego wszystkiego chciwi na grosz faryzeusze i podrwiwali sobie z Niego. Powiedział więc do nich: To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych, ale Bóg zna wasze serca. To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych.

KOMENTARZ
Tak jak w całym życiu, tak i w wierze, rzeczy wielkie zdarzają się tylko od czasu od czasu. Większość naszego życia przebiega pośród małych rzeczy. Dlatego dojrzała wiara, która może człowieka przez życie przeprowadzić musi być być wiarą zanurzoną w małych i prostych rzeczach. W nich właśnie mamy nauczyć się szukać Bożej obecności.
Jeśli drogę do nieba wyobrazić sobie jako górską wspinaczkę, to łatwo zrozumieć, że każdy, nawet najmniejszy krok jest ważny. Jeśli bowiem zlekceważymy te małe kroczki, możemy wejść w niebezpieczny obszar, w jakąś część ściany, z której potem ciężko zejść, a nie bardzo wiadomo jak iść dalej.
Być może pokusa lekceważenia tego, co małe, zwyczajne jest jedną z największych i najbardziej niebezpiecznych pokus. Szukanie Boga jedynie w tym, co wielkie wielu ludziom wydaje się konsekwencją przekonania, że Bóg jest wielki, niepojęty, niezmierzony. Ale właśnie ten wielki Bóg w Jezusie stał się człowiekiem żyjącym tak jak my pośród rzeczy małych. Dlatego szukać należy Go tam, gdzie On rzeczywiście jest. Każda chwila, każdy najmniejszy drobiazg są nasycone Bogiem i stanowią bramę do wieczności. Nauczyć się doceniać zwykłe, szare rzeczy, ponieważ mieszka w nich Bóg- oto mądrość życia, oto chrześcijaństwo.
EWANGELIA (Łk 16,1-8)
(Łk 16,1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów:
Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą. Na to rządca rzekł sam do siebie: Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydz...ę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu. Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: Ile jesteś winien mojemu panu? Ten odpowiedział: Sto beczek oliwy. On mu rzekł: Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt. Następnie pytał drugiego: A ty ile jesteś winien? Ten odrzekł: Sto korcy pszenicy. Mówi mu: Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości.

KOMENTARZ
Musiał się jakoś bronić. Przecież groziła mu utrata pracy. Więc wykorzystał swoje możliwości, żeby przygotować się na ten trudny czas. Zapewnił sobie sympatię dłużników swojego pracodawcy, co więcej, jego samego postawił w dobrym świetle. Wszyscy ci, którym kazał na dokumentach zmniejszać ich zobowiązania myśleli, że robi to w imieniu bogacza.
Ale dlaczego bogacz go chwali? Przecież ostatecznie zadziałał na jego niekorzyść, przyniósł mu straty. W tamtym świecie spryt był niezwykle ceniony. Nawet jeśli rządca użył go przeciwko swojemu panu, tamten i tak doceniał jego umiejętność radzenia sobie w trudnej sytuacji. Ale ważniejsze wydaje się co innego. Dla tego bogatego człowieka jasne było, że bogactwo jest tylko w służbie relacji z ludźmi. Rządca wykorzystał swoje możliwości, wykorzystał bogactwo, nad którym miał pieczę do zbudowania życzliwych relacji z dłużnikami. Umieścił pieniądze na właściwym miejscu w hierarchii wartości. I to właśnie jest istota roztropności, za którą otrzymał pochwałę. W jakiejkolwiek sytuacji byśmy się znaleźli - na dole czy na górze społecznej drabiny, zawsze przegramy, jeśli postawimy pieniądze ponad ludźmi. Roztropny zaś zawsze będzie pamiętał, że ludzie i relacje z nimi są większym bogactwem niż wszystkie pieniądze.
EWANGELIA (Łk 15,1-10)
Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z ...radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata z domu i nie szuka staranne, aż ją znajdzie. A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam. Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca.

KOMENTARZ
Co to były za czasy, kiedy spośród stu owiec gubiła się tylko jedna. Jezus daje do zrozumienia, że dla Niego każda jest ważna i każdej zamierza szukać. Dziś proporcje są zupełnie inne - w niektórych miejscach tych zagubionych jest tylko kilka, kilkanaście procent. Gdzie indziej mniej więcej pół na pół. Ale dobrze wiemy, że w większości naszych parafialnych "stad" znacznie mniej jest tych, które pozostały na miejscu. Większość jest zagubiona i trzeba ich szukać jak tylko się da.
Ale szukanie nie jest łatwe. Bo żeby dotrzeć do miejsca, w którym jest zagubiona owca trzeba spróbować odtworzyć drogę, którą mogła pójść. Musimy zrozumieć gdzie i dlaczego odeszła, inaczej nigdy nie uda nam się jej znaleźć. Ten obraz sprzątania w domu - on też mówi o pewnych komplikacjach. Bo musimy pozaglądać we wszystkie możliwe zakamarki, narobić trochę kurzu i uświadomić sobie, że pod przykrywką porządku, mogą się czaić na naszym własnym podwórku śmieci, o których wolelibyśmy nie pamiętać.
No ale jeśli Kościół chce się wywiązać z zadania, jakie stawiają przed nim słowa dzisiejszej Ewangelii, nie może się bać sprzątania na swoim podwórku. Stawką jest znalezienie zagubionych owiec. I to nie w liczbie jednej na sto. W znacznie większej liczbie.
EWANGELIA (Łk 14,25-33)
Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich:
Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma n...a wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem.

KOMENTARZ
Jezus mówi tutaj w stylu charakterystycznym dla ludzi żyjących w Jego kulturze. Mieli oni zwyczaj używania mocnych, szokujących przeciwstawień, żeby mocniej podkreślić to, co chcieli przekazać. Dla nas, wychowanych w innej kulturze, te słowa mogą brzmieć szokująco. Mowa jest bowiem o "nienawiści" wobec swoich bliskich, a nadto do siebie samego. Gdyby po prostu chodziło o to, że mamy sobą i bliskimi gardzić i żywić złe uczucia, nijak nie dałoby się tego pogodzić z przykazaniem miłości, które przecież w pierwszym rzędzie skierowane jest do nas samych.
Ale podobnie jak z przykazaniem miłości, tak jest i tu. Jezus podkreśla absolutny prymat Boga. Co więcej, uświadamia słuchającym, że stawianie Boga na pierwszym miejscu to jest właściwy fundament dla każdej innej relacji i każdej innej miłości. Temu, kto buduje dom swojego życia i nie kładzie Jego fundamentu na samym Bogu, może w którymś momencie zabraknąć na wykończenie - braknie mu miłości i dobra, które są potrzebne, żeby budować wśród niesprzyjających warunków otoczenia. Kto nie przywołuje Bożej pomocy może być jak ten król, który podejmuje walkę z przeciwnościami życia, ale ma śmiesznie małe siły, skoro ufał tylko swoim.
Nawet jeśli Jezus używa "przesadnego" sposobu mówienia, to o czym mówi nie jest przesadą. A czy ma rację? Prośmy go, żeby się boleśnie nie okazało jak bardzo ma.
EWANGELIA (Łk 14,15-24)
Gdy Jezus siadł przy stole, jeden ze współbiesiadników rzekł do Niego: Szczęśliwy jest ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym. Jezus mu odpowiedział: Pewien człowiek wyprawił wielką ucztę i zaprosił wielu. Kiedy nadszedł czas uczty, posłał swego sługę, aby powiedział zaproszonym: Przyjdźcie, bo już wszystko jest gotowe. Wtedy zaczęli się wszyscy jednomyślnie wymawiać. ...Pierwszy kazał mu powiedzieć: Kupiłem pole, muszę wyjść, aby je obejrzeć; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego. Drugi rzekł: Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego. Jeszcze inny rzekł: Poślubiłem żonę i dlatego nie mogę przyjść. Sługa powrócił i oznajmił to swemu panu. Wtedy rozgniewany gospodarz nakazał słudze: Wyjdź co prędzej na ulice i zaułki miasta i wprowadź tu ubogich, ułomnych, niewidomych i chromych. Sługa oznajmił: Panie, stało się, jak rozkazałeś, a jeszcze jest miejsce. Na to pan rzekł do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki i zmuszaj do wejścia, aby mój dom był zapełniony. Albowiem powiadam wam: żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty.

KOMENTARZ
Niby wszyscy są przekonani o wartości spotkania z Jezusem. Niby wszyscy wiedzą, że to coś niezwykłego, że nobilitujący jest fakt otrzymania zaproszenia od Niego samego. A jednak tak łatwo odpuścić, znaleźć dziesiątki powodów, żeby się wymówić.
Każdy ma swoją strategię wymawiania się, swoje powody, które uważa za słuszne, żeby zrezygnować z Mszy św., z codziennej modlitwy, z pogłębienia relacji z Jezusem. Tak jak indywidualne jest zaproszenie, tak bardzo indywidualne i niepowtarzalne bywają powody rezygnowania z niego. Wszystkie one jednak sprawiają, że coś tracimy bezpowrotnie.
Problemem naprawdę nie jest to, że Jezusowi jest przykro, kiedy ludzie odrzucają Jego zaproszenia. Przecież On tej uczty nie robi dla siebie, żeby podbić sobie "ego" albo pokazać kim to nie jest. On robi ją dla nas i nasza strata, wielka, niepowetowana strata, kiedy Go lekceważymy. Duchowy pokarm, który chce nam dać na spotkaniu z sobą jest najwyższej jakości. No ale jeśli wolimy karmić się duchowo zupkami z torebki albo jakimś innym udawanym jedzeniem, wolno nam. Tylko nie ma się co dziwić, jeśli czasem odzywają się nam duchowe niestrawności.
EWANGELIA (Łk 14,12-14)
Jezus powiedział do przywódcy faryzeuszów, który Go zaprosił:
Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odw...dzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych.

KOMENTARZ
Dziwne to - robić przyjęcie dla ludzi, którzy nie należą do grona moich przyjaciół, znajomych ani nawet do rodziny. Niby dlaczego?
A no dlatego, że tylko w ten sposób jesteśmy w stanie wyrwać się z ciasnego kręgu zależności, dawania tylko po to, żeby otrzymać albo oddawania tego, co ktoś inny nam dał. Bezinteresowność jest kluczem do Ewangelii.
Nie chodzi tu jednak tylko o jakąś regułę, o to, żeby w ten sposób przypodobać się Jezusowi. To byłby przecież - najgorszego typu, bo zakamuflowany - jeszcze jeden interes. Nawet wierzyć można tak, żeby mieć z tego jedynie pociechę, poczucie bezpieczeństwa i duchowej rozkoszy. Chodzi o to, że bezinteresowność daje szczęście. I rzeczywiście - nie ma chyba innej drogi do szczęścia jak ta właśnie. Każde dobro, które podlegać może wymianie, da zadowolenie, spełnienie, ale nie da szczęścia. Bo szczęście jest dla wolnych, dla tych, w których dobro po prostu jest i nie musi czekać na powód, by się zrealizować. Cokolwiek uda Ci się zrobić bez powodu, nie z obowiązku ani wdzięczności, bez czekania na odpowiedź - wszystko to będzie Twoim małym kroczkiem do szczęścia.